Stowarzyszenie Dziennikarzy Rzeczypospolitej Polskiej
oddział w Rzeszowie

Moja przyjaźń z "Johnym" - prywatne wspomnienia o Januszu Klichu

   Janusza poznałem prawie dwadzieścia lat temu. Początkowo była to dość chłodna, trochę przypadkowa i wymuszona udziałem we wspólnych konferencjach i wydarzeniach znajomość młodego dziennikarza ze starym wygą, która szybko przerodziła się w relacje uczeń - mistrz, by w końcu stać się wieloletnią przyjaźnią, zarówno na niwie zawodowej, jak i osobistej.
    Gdy zjawiłem się w Rzeszowie jesienią 1993 roku, sytuacja w podkarpackim światku dziennikarskim była bardzo nieciekawa. Niedługo wcześniej padł dziennik "A-Z", na bruku znalazło się bardzo wielu młodych dziennikarzy, wielu z nich miało niewiele ponad dwadzieścia lat, nie bardzo mieli co z sobą począć. Jednocześnie doszło do powaznego przesilenia w "Nowinach". Z powodów politycznych z redakcji usunięto grupę doświadczonych dziennikarzy, których uznano za "sługusów" poprzedniego systemu, z redakcji wyleciał nawet ówczesny naczelny "Nowin", nieżyjący już od lat, Janek Stepek - dziennikarz z "kombatancką" przeszłością, ale nie zgadzający się z formą w jakiej w redakcji dokonywano czystek. Wśród wyrzuconych wówczas znalazło się dwóch starych wyjadaczy, którzy pócniej, jak miało się okazać, mieli ogromny wpływ na moją karierę zawodową: Władek Boczar i Janusz Klich.
   Część "A-Z"-owców załąpała się do tworzącego się wówczas oddziału "Dziennika Polskiego", z którym spora część bezrobotnych dziennikarzy zaczęła łączyć jakiekolwiek nadzieję na utrzymanie się na rynku. Wkrótce do ekipy, trochę po partyzancku dołączył Boczar, pisywał Klich, szukający swojego miejsca po brutalnym pożegnaniu z "Nowinami". Janusz, który z racji swej niezwykłej autorskiej płodności nazywany był żartobliwie "maszyną do pisania", ratował się pisząc gdzie się dało.  Jego teksty ukazywały się regularnie m.in. w popularnym wówczas, od dawna już niestety nie istniejącym tygodniku "Veto" i kryminalnym magazynie "Kobra" (jeszcze niedawno można było tam znaleźć materiały Janusza).
    Janusza traktowałem wówczas - ja młody smarkacz - jak człowieka z innej bajki. Szybko dowiedziałem się, jaką magią otoczone jest jego nazwisko, że przez lata dziesiątki tysięcy ludzi z zapartym tchem czytały jego reportaże z cyklu "Proszę wstać, sąd idzie", w pewnej chwili zaczęło mi imponować przebywanie w towarzystwie człowieka wszędzie rozpoznawalnego, zwłaszcza, że był blisko Władka Boczara, który zaczął w pierwszym okresie mojej pracy zawodowej "prowadzić mnie za rękę".
    Późną jesienią 1993 Władek Boczar zaproponował mi współpracę z powstającym właśnie tygodnikiem "Super Flesz". Tworzyli go ludzie wyrzuceni z "Nowin": Janek Stepek jako naczelny, Marek Szenborn, Władek Boczar, Janusz Klich i jeszcze szereg innych osób ze znanymi wówczas nazwiskami. Pismo było naprawdę dobre, świetne artykuły, niezła szata graficzna, doskonali autorzy. Zabrakło niestety jednego: dobrej promocji i marketingu. Po trzynastu numerach pismo padło ofiarą "niewidzialnej ręki rynku". Starzy wyjadacze znów musieli szukać dla siebie miejsca.
     Janusz usiłował wiązać koniec z końcem pisaniem do prasy ogólnopolskiej, przez pewien czas pisał do "Sztandaru Młodych", był lokalnym korespondentem "Gazety Krakowskiej". Sporą popularność przyniosła mu napisana reporterskim językiem książka "Barwy Stali" o dziejach rzeszowskiego klubu Stal, dzisiaj prawdziwy rarytas, trudno dostępny. Nie była to dla niego zwykła "chałtura". Akurat od sportu właśnie zaczynał będąc młodym dziennikarzem, za sportowe teksty zdobywał ogólnopolskie laury.
     Upragnioną stabilizację przyniosło mu powstanie wiosną 1997 roku dziennika "Super Nowości". Był w redakcji od samego początku, specjalizując się - jakżeby inaczej - w tematyce kryminalnej i sądowej. W tym zakresie nie miał sobie równych nie tylko na Podkarpaciu. Oprócz niebywałego talentu, łatwości pisania i sumienności (nawet po modnych wówczas dziennikarskich rautach nigdy nie zdarzało mus się zawalić z terminowym oddaniem tekstu do druku) miał wiedzę prawniczą. Podziwiałem jego wytrzymałość i cierpliwość, gdy całymi dniami wysiadywał na salach sądowych, wertował tomy akt pełne prawniczych sformułowań i zawiłości. Mimo, że w redakcji "Super Nowości" był bodajże najstarszym dziennikarzem, to pracował za kilku znacznie młodszych. W pewnej chwili nie wystarczało mu już relacjonowanie bieżących spraw sądowych, postanowił sięgnąć do starych akt. Świetne ukłądy z adwokatami, sędziami, prokuratarami otwierały mu drzwi do poznawania tajemnic z przeszłości. Tak powstała seria "Podkarpacki Pitaval", przypominająca najgłośniejsze sprawy kryminalne z okresu PRL, m.in. tragiczny pożar w Wielopolu Skrzyńskim czy słynną zbrodnię połaniecką. Kilkadziesiąt tekstów znalazło się później w przyjętym z ogromnym zainteresowaniem, pierwszym książkowym pitavalu podkarpackim "Parada złoczyńców", gdzie znalazły się zarówno historie te wyciągnięte z pożółknietych akt, jak również z opowieści uczestników opisywanych wydarzeń, policjantów, adwokatów, przedstawicieli wymiaru sprawiedliwości. Książkę czyta się jednym tchem, jak dobry kryminał. Janusz myślał też o serii tekstów, później nawet książce o głośnych sprawach z III RP. Niestety już mu na to zabrakło siły i czasu.
   Teraz, gdy nie ma już Janusza, przed oczami przelatują mi dziesiątki, jeżeli nie setki obrazów z naszych wspólnych spotkań, czasem biesiad, wspólnej pracy. Nieraz wspólnie prowadziliśmy kolejne wydania "Super Nowości". Rozumieliśmy się bez słów. Janusz miał niesamowity zmysł, a z byle drobnostki, jakiejś z pozoru mało znaczącej informacji potrafił zrobić hita.
    Przed oczami zawsze będę miał Janusza z nieodłączną fajką (w jednej z notek, która ukazała się po jego śmierci napisano, że przypominał wtedy Sherlocka Holmesa"), z namaszczeniem mieszającego różne rodzaje tytoniu. Miał kilka ulubionych fajek. Jedną z nich stała się fajka, którą wręczyliśmy mu na pożegnanie, gdy odchodził na emeryturę i opuszczał Rzeszów.
    Z Januszem wiąże się wiele anegdot, wiele barwnych historii, o których w środowisku z rozbawieniem opowiadano jeszcze za jego życia. Był niezwykłym gawędziarzem, zwłaszcza w czasie prywatnych spotkań. Do rozpuku rozbawiał storkoć powtarzanymi historyjkami ze swojego studenckiego życia. Opowieść o woźnym z krakowskiego akademika "Żaczek", który szukał studenta potrafiącego mówić "po murzyńsku" zna chyba każdy, kto choć raz siadł z Januszem przy piwie. Barwnie opowiadał o swych spotkaniach z wielkim Ryszardem Kapuścińskim i wieloma innymi tuzami polskiego pióra.
    Mimo, że za życia był legendą podkarpackiego dziennikarstwa był normalnym, rubasznym człowiekiem, pełnym swoistego ciepła, zawsze chętnym do pomocy zarówno w sprawach zawodowych, jak i prywatnych. Bardzo wiele czasu spędziłęm z nim działąjąc w Stowarzyszeniu Dziennikarzy RP, którego był wieloletnim wiceprzewodniczącym, przez pewien czas pełnił obowiązki szefa oddziału SDRP. Gdy trzeba było załatwić jakąś sprawę działał szybko i skutecznie, jak wtedy, gdy zmarła inna wielka postać podkarpackiego dziennikarstwa - Edmund "Kitek" Gajewski. Janusz uparł się, że ma on być pochowany w Alei Zasłużonych na rzeszowskiej WIlkowyi, wspólnie z kolegami z zarządu dopiął swego.
    Gdy widziałem go ostatni raz, w czasie zjazdu sprawozdawczego Stowarzyszenia tryskał energią, mimo, że "wyemigrował" pod Kraków dalej starał się utrzymywać kontakt z rzeszowskim środowiskiem, dalej wertował stare akta, tym razem w krakowskich sądach. Jego śmierć to dramat dla środowiska nie tylko rzeszowskich dziennikarzy, znany był doskonale w całej Polsce. Był jednym z ostatnich czynnych dziennikarzy swego pokolenia. Nie chcę, żeby te słowa trąciły patosem, ale mam wrażenie, że z odejściem Janusza kończy się pewna epoka w historii podkarpackiego dziennikarstwa. Kiedyś powiedziałęm, że w życiu miałem trzech wielkich mistrzów zawodu: wybitnego erudytę, propagatora kultury i poprawnej polszczyzny- Andrzeja "Ibisa" Wróblewskiego, wspaniałego wychowawcę dziennikarskiej młodzieży- Władka Boczara i właśnie Janusza Klicha. Teraz żegnam ostaniego z nich... 
Szymon Jakubowski

Janusz Klich (1947-2013)

   Janusz Klich urodził się w 1947 roku w Dębicy. Na Uniwersytecie Jagiellońskim skończył prawo, później dziennikarstwo. Karierę zawodową zaczął w 1973 roku w popularnym magazynie młodzieżowym "Prometej", którego później był redaktorem naczelnym. W 1977 roku został wyróźniony prestiżowym "Złoty Piórem" w konkursie Klubu Dziennikarzy Sportowych Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. W latach 1982-93 kierował działem informacji w "Nowinach", współpracował z wieloma tytułami prasy ogólnopolskiej. Przez dwanaście lat był dziennikarzem Super Nowości. Autor dwóch książek: "Barwy Stali" i "Parada Złoczyńców", lauerat Nagrody Miasta Rzeszowa w dziedzinie literatury w 2006 roku. Zmarł 7 marca w Krakowie.
Kreator stron www - szybka strona internetowa